Kapucyńska posługa chorym w czasie pandemii

Wewnętrzne pragnienie włączenia się w pomoc chorym na covid-19 miałem od samego początku. W pewnym momencie, na początku maja, nadeszła prośba od Ministra Prowincjalnego o posługę wśród najbardziej potrzebujących, w tym także zarażonych na covid-19. Odebrałem to jako znak od Opatrzności. Chęć posługi przedstawiłem wstępnie bratu Tomaszowi Wołoszynowi (mojemu przełożonemu) oraz wspólnocie braci z Piły, gdzie obecnie jestem. Po dwóch dniach nadeszła wiadomość od brata Bartosza Tkaczyka, że jest potrzeba wyjazdu do Centrum Opieki Długoterminowej i Rehabilitacji w Czernichowie i że oprócz mnie będzie tam także mój współbrat Marek Bakierzyński, misjonarz z Rosji, którego pandemia zastała w Polsce.

Tak szybki przebieg wydarzeń (dosłownie kilka dni) oraz przedstawienie mi przez współbraci bardzo trudnej sytuacji chorych w Czernichowie spowodowały, że musiałem na nowo przemyśleć spontaniczny poryw serca i właściwie się usposobić, aby to, co będę robił miało wymiar nie tylko ludzki, lecz było odpowiedzią na słowa Pana Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25 40). Bracia z mojej wspólnoty w Pile z otwartością przyjęli inicjatywę i wyszli mi naprzeciw w kwestii zastąpienia mnie w obowiązkach na czas nieobecności.

Do Czernichowa dotarliśmy (br. Marek i ja) w poniedziałek rano, 4 maja 2020. Na starcie dowiedzieliśmy się, że obecnie w budynku jest 80 chorych, że będziemy częścią zespołu, który utworzony jest z ratowników GOPR, Straży Pożarnej, żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej, kilku pielęgniarek, wolontariuszy świeckich, zakonników saletynów oraz z nas – dwóch kapucynów. W sumie 22 osoby.

Przeszkolenie wstępne było esencjalne: dotyczyło sposobu ubierania się w kombinezon i korzystania ze środków zabezpieczających (maska, rękawiczki, przyłbica itp.). Następnie padło kilka męskich słów, których raczej nie będę cytował, po czym udaliśmy się na teren obiektu. Naszą pracą w pierwszy dzień były zajęcia porządkowe, podczas których zapoznaliśmy się także z układem budynku i mniej więcej poznaliśmy na czym będzie polegać nasza praca.

W momencie naszego przyjazdu DPS w Czernichowie był właśnie po ewakuacji części pacjentów po tym, jak wyczerpani pracownicy i wolontariusze (w tym siostry serafitki i kilku franciszkanów) odeszli od łóżek i opuścili budynek. Ta rozpaczliwa reakcja przyniosła pożądany efekt: napłynęła wreszcie oczekiwana pomoc. Zarówno wśród pacjentów, jak i personelu były osoby zarażone na covid-19. Zastaliśmy osiemdziesięciu chorych.

Nasza dwutygodniowa służba polegała na zabezpieczeniu i podtrzymaniu działalności placówki w czasie kwarantanny będącego u kresu sił personelu. Czynności podstawowe, jakie wykonywaliśmy to: mycie i karmienie pacjentów, przygotowywanie posiłków, utrzymanie porządku w budynku oraz czynności logistyczne w zależności od potrzeby, np. relokacja pacjentów. W tym wszystkim staraliśmy się, na ile to możliwe, nawiązać kontakt z chorymi. Każdy dzień oznaczał większą wzajemną znajomość, a co za tym idzie efektywniejszą i bardziej satysfakcjonującą pracę. Relacjom na pewno nie sprzyjał nasz obowiązkowy ubiór (od stóp do głów w kombinezonie). Wszyscy wyglądaliśmy mniej więcej tak samo. Już jednak po paru dniach dało się zauważyć, że pacjenci rozpoznawali głos danej osoby. Mieliśmy wypisane na kombinezonach nasze imiona, tak, aby wzajemnie się rozpoznawać. Dochodziło do zabawnych sytuacji, kiedy, już po pracy, spotykaliśmy się bez kombinezonów, nie będąc świadomymi, że pracowaliśmy razem w strefie zakażonej.

Zazwyczaj pracowaliśmy na dwie zmiany, każda po 4 godziny. Ze względu na obowiązek noszenia szczelnego kombinezonu należało przestrzegać dyscypliny w zakresie nawadniania organizmu. Przed zmianą piło się bardzo mało, żeby nie było konieczności korzystania z toalety; po zmianie natomiast trzeba było dostarczyć organizmowi niezbędnej wody.

W drugim tygodniu naszej posługi wymieniła się grupa WOT, a do naszej dwójki dołączyło dwóch kolejnych współbraci: br. Daniel Wójcik i br. Łukasz Domaracki – postnowicjusze. Nasi bracia oraz nowi żołnierze WOT energicznie i z zapałem podjęli obowiązki. Drugi tydzień był z jednej strony łatwiejszy, ponieważ znaczna część ekipy była już zorientowana w obowiązkach i weszła we właściwy rytm. Podczas drugiego tygodnia mieliśmy jednak znacznie trudniejsze zadanie ze względą na mniejszą pomoc pielęgniarską, co wiązało się z dodatkowymi dyżurami w nocy oraz innymi czynnościami spełnianymi dotąd przez pielęgniarki.

Od strony kapłańskiej widzieliśmy także potrzebę posługi duszpasterskiej, także sakramentalnej (spowiedź, komunia św., modlitwa, rozmowa). Brat Marek Bakierzyński dodatkowo zajął się aspektem sakramentalnym.

Nasza grupa zabezpieczenia (22 osoby), choć bardzo różnorodna, stanowiła zgrany zespół ludzi, którzy wiedzieli po co przyjechali do Czernichowa. Nie stanowiło różnicy czy ktoś był z GOPR-u, czy z WOT, księdzem czy świeckim. Po kilku dniach byliśmy jedną drużyną nakierowaną na jeden cel – pomoc pacjentom i całemu personelowi Centrum Opieki Długoterminowej i Rehabilitacji w Czernichowie.

Ostatnie dwa dni służby to, oprócz standardowych czynności, pomoc przy ewakuacji pozostałych pacjentów. Była to szeroko zakrojona operacja, w którą włączyły się służby sanitarne z całego obszaru Polski (nawet z Podlasia). Przebiegła ona pomyślnie. Nasi chorzy przebywają obecnie w szpitalach i są otoczeni fachową opieką. W Centrum Opieki Długoterminowej i Rehabilitacji w Czernichowie natomiast odbywa się odkażanie i przystosowywanie obiektu do normalnego funkcjonowania.

Na uwagę zasługuje postawa ludności Czernichowa i okolic. Oznaki życzliwości były proste i konkretne: placki, zupy, sałatki i inne produkty żywnościowe. Podczas służby musieliśmy dbać o sen i właściwe wyżywienie. Tak więc odczuwaliśmy, że ktoś o nas myśli, że nie jesteśmy sami. To ważne w takich momentach.

Po zakończeniu służby w Czernichowie udaliśmy się do Wisły do hotelu Krokus na kwarantannę. Kwarantanna była jednak nieco krótsza. Dlaczego? Otóż po pięciu dniach naszej pracy przyszła wiadomość, że jedna osoba z ekipy jest zarażona wirusem covid-19. W związku z tym od kolejnego dnia w naszej strefie zielonej, gdzie jedliśmy i spaliśmy, obowiązywał porządek kwarantannowy. Oznaczało to, że jedliśmy, spaliśmy i przebywaliśmy w pokojach pojedynczo, odkażając je obowiązkowo kilka razy dziennie. Razem spotykaliśmy się tylko ubrani w kombinezon przy pracy. Było to dodatkowe utrudnienie dla nas, którzy po zakończeniu dyżuru potrzebowaliśmy trochę integracji i luzu. W końcowym efekcie jednak, czas kwarantanny podczas służby został nam zaliczony. Dlatego w Wiśle spędziliśmy tylko pięć dni, skrupulatnie kontrolowani przez policję.

Jest jeszcze jeden temat, dotyczący tym razem naszego kapucyńskiego podwórka. Podczas 21 dni spędzonych w służbie i na kwarantannie wspominaliśmy w liturgii aż sześciu naszych współbraci: Tomasza z Olera, Jeremiasza z Wołoszczyzny, Ignacego z Laconi, Leopolda Mandicia, Feliksa z Cantalice oraz Kryspina z Viterbo. W całym roku liturgicznym nie ma chyba okresu trzech tygodni bardziej bogatego we wspomnienia naszych świętych. W dodatku, w tym roku, żadne ze wspomnień nie wypadało w niedzielę. Byliśmy więc pod szczególną opieką duchową naszych współbraci, także tych spośród nich, którzy sami posługiwali podczas epidemii.

Na koniec chciałbym, w imieniu moich współbraci i całej ekipy, podziękować wszystkim, którzy poprzez modlitwę byli z nami w jedności. Niech Wam Pan to wynagrodzi i święty nasz Ojciec Franciszek. A my…, „słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17, 10).

br. Łukasz Stec OFMCap